Kiedy Tymoteusz miał cztery i pół roku, jego mama chciała, żeby chłopiec mógł się poruszać, bawić i nie siedzieć w domu przez całą jesień i zimę. Nie szukała miejsca, które stworzy przyszłego piłkarza. Zależało jej na dobrym miejscu dla energicznego dziecka.
Tymek – jak mówi mama – od zawsze był aktywny i ciekawski. Wiosną i latem sprawa jest prosta: rower, hulajnoga czy plac zabaw. Problem zaczyna się, kiedy robi się chłodniej. „W okresie jesienno-zimowym możliwości sportu na zewnątrz są mocno ograniczone. Chciałam, żeby ta aktywność fizyczna była na stałym poziomie” – tłumaczy. To właśnie wtedy, gdzieś w mediach społecznościowych, trafiła na informację o rekrutacji do Polonii Kraków. Wypełniła formularz zgłoszeniowy i niedługo później razem przyszli na zajęcia.
Pierwszy trening: pomachał i zniknął
Sama przyznaje, że na pierwszy trening szła pełna obaw. Grupowe zajęcia sportowe, bez rodzica, dla niespełna pięciolatka, to jednak coś nowego. Na sali gimnastycznej dzieci usiadły w rzędzie, trener wytłumaczył zasady. Rodzice nowych dzieci mogli zostać, ale reszta została poproszona o wyjście, żeby maluchy naprawdę się zaangażowały, a nie rozglądały za mamą czy tatą.
Mama Tymka zakładała, że zostanie. Kiedy jednak inni rodzice zaczęli wychodzić, jej syn po prostu jej pomachał. „Poszłam za ciosem” – wspomina z uśmiechem. Stała pod drzwiami, gotowa na sygnał alarmowy. Ten przez całe zajęcia nie nadszedł.
„Nie było żadnego problemu z tym, żeby był na zajęciach beze mnie od pierwszego treningu” – mówi. I tak jest do dziś.
Poniższe zdjęcie, uśmiechniętego Tymka, zrobiła chwilę przed wyjściem.

Co widać po kilku latach?
Tymoteusz chodzi na treningi od trzech lat. Teraz ma siedem lat i – co ważne – nadal uczęszcza na nie z wielką chęcią. Mama nie pamięta momentu, żeby musiała go przekonywać, żeby wstał i poszedł.
Czy widać efekty? Tak, choć mama podchodzi do tego z dystansem. Zauważa progres w sprawności ogólnej – przewroty, prowadzenie piłki, uderzenia. Trudno jej precyzyjnie ocenić, co pochodzi z treningów, a co z naturalnego rozwoju. Ale to jej nie martwi. „Nie mam parcia, żeby musiał być jakimś super piłkarzem. Ważne jest dla mnie to, że się rusza i że to lubi”.
W czasach, gdy dzieci spędzają coraz więcej czasu przed ekranami, samo „wyjście i ruszenie się” staje się wartością samą w sobie. I to właśnie czuje mama Tymka – uważa, że podjęła dobrą decyzję nie dlatego, że jej syn zostanie zawodnikiem, ale dlatego, że regularnie, przez cały rok, robi coś, co go cieszy.
Dlaczego właśnie Polonia Kraków?
Zapytana, czy poleciłaby Akademię innym rodzicom, odpowiada bez wahania: „Jak najbardziej”. I dodaje coś, co brzmi jak sedno całej historii: „To, co mnie przekonało, to fakt, że nie jesteście nastawieni na wynik, tylko na to, żeby to była fajna, rozwijająca zabawa dla dziecka”.
Brak presji, brak selekcji – to nie były dla niej puste hasła. Przed zapisaniem syna czytała o akademii i właśnie to ją przekonało. Po kilku latach te słowa potwierdziły się w praktyce.
Tymoteusz kończy właśnie siedem lat. Na treningi chodzi z uśmiechem. I nadal macha mamie, kiedy wchodzi na salę.
