Staś skończył trzy lata. Na treningi Polonii Kraków zaczął chodzić jesienią, gdy miał dwa i pół roku. Dla jego mamy, która zgłosiła się do nas z własnej inicjatywy, ta decyzja nie była oczywista, a jednak okazała się jedną z lepszych, jakie podjęła.
Staś nie chodzi do żłobka. Jego codzienność to dom, niania i – jak mówi mama – bardzo ograniczony kontakt z rówieśnikami. Do tego jest skrajnym wcześniakiem, długo rehabilitowanym. Kiedy mama zaczęła szukać dla niego jakichś zajęć grupowych, miała pełną świadomość, że próba może się nie powieść.
Trafienie na Polonię było właściwie przypadkiem. „Polonia mi wyskoczyła po prostu w reklamie na Facebooku jakoś w wakacje” – wspomina. Przejrzała ofertę, zastanowiła się i postanowiła spróbować.
Pierwszy trening: pozytywny chaos
Zanim pojawili się na sali, mama nie do końca wiedziała, czego się spodziewać. Ale już pierwszy trening rozwiał wątpliwości. Staś wszedł w zajęcia od razu, bez oporów, bez płaczu. „Byłam w szoku, że on się tak super wszedł w to wszystko” – przyznaje. W drodze do domu chłopiec bez przerwy opowiadał, co mu się podobało i kiedy znowu przyjdą.
To nie znaczy, że od drugiego treningu wszystko poszło gładko. Nadszedł moment, który mama nazywa „małym kryzysem” – nie dlatego, że Staś nie chciał chodzić, ale dlatego, że musiał się nauczyć, jak funkcjonować w grupie. Kiedy usiąść, kiedy słuchać, dlaczego nie można uciekać w drugą stronę sali, kiedy inne dzieci właśnie ćwiczą. „To było najcięższe, żeby właśnie nie uciekał i nie kładł się na materace, tylko faktycznie chciał ćwiczyć”.
Po kilku miesiącach zmiany widać gołym okiem
Dziś, po ponad pół roku regularnych zajęć, mama obserwuje postępy, które naprawdę ją zaskakują. Nie tylko ruchowe, choć i te są wyraźne. Gdy zaczynali, Staś nie umiał skakać. Nie wchodził na drabinki. Był ostrożny, wycofany, niepewny własnych możliwości. Teraz wspina się, ćwiczy równowagę na ławce, a ostatnio na treningach były fikołki – wszyscy byli zachwyceni.
Ale największą zmianą jest coś trudniejszego do zmierzenia. Na początku w zabawie w berka Staś tylko uciekał – nie rozumiał, że może też gonić. Teraz sam wychodzi z inicjatywą. „Takie drobne rzeczy, ale na nich najbardziej widać ten progres” – mówi mama.
Staś wie, że we wtorki są treningi. I już od wtorkowego ranka zastanawia się, jaki rodzaj berka dzisiaj będzie.
Dla rodziców, którzy się wahają
Zapytana, co powiedziałaby rodzicom rozważającym podobny krok, mama Stasia nie zastanawia się długo: „Zawsze warto spróbować. To nie jest dużo – 45 minut raz w tygodniu – a jest bardzo rozwojowe. I właśnie ten rozwój jest wart każdej minuty spędzonego na tej sali”.
I dodaje coś, co wiele mówi o tym, jak podchodzi do całej sprawy: można obserwować, czy dziecku się podoba, czy nie. Nikt nie mówi, że musi. Ale warto sprawdzić.
